New illustrations for my 2015 calendar ! You can preoder it here ♥
More you might like
…And the road goes on
(To początek dłuższego teksu.C.D.N.)
Pomost ciągnął się daleko w morze ginąc na linii horyzontu. Ten widok obiecywał coś ciekawego na końcu drogi, prawdopodobnie w dużej odległości stąd. Może pomost opasywał całą kulę ziemską, albo prowadził do jakiegoś Ultima Thule, czy archimedesowego punktu na szczycie tej piłki jaką jest świat. Hmmm… to mogłoby być ciekawe, spełnić marzenie Archimedesa, znaleźć na skraju mostu ten punkt zaczepienia dzięki któremu można by przesunąć ziemię i skierować ją na zupełnie nieprawdopodobne tory. A może po prostu most w pewnym momencie się kończy, dalej jest już tylko otwarte morze. W sumie to też mogłoby być przyjemne: usiąść na skraju świata i pomachać nogami nad powierzchnią niekończącej się wody. Pomysł tak samo dobry jak inne sposoby spędzania czasu, a szczerze mówiąc sensowniejszy od wielu zajęć którym ludzie oddają się z powagą i zaangażowaniem godnym lepszej sprawy.
Tak więc owego letniego popołudnia wdychając słonawo-turkusowy zapach morza i czując na nosie i policzkach chłodną bryzę zdecydowałam się wejść na pomost i pozwolić aby stopy same mnie poprowadziły(zauważyłam, że w takich wypadkach bywają mądrzejsze od głowy). Będąc w punkcie, w którym nie miałam w zasadzie żadnych określonych planów na przyszłość, a w plecaku wszystko co może być potrzebne od przeżycia, doszłam do wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie żeby po prostu pójść i zobaczyć co po drodze mnie spotka.
Most skrzypiał gdy postawiłam na nim stopę – zdziwiłabym się gdyby było inaczej. Jednak to skrzypienie było na tyle solidne, że nie wywołało we mnie niepokoju. Pod ciemnymi deskami drewnianej nawierzchni znajdowała się wystarczająca ilość metalu i betonu, żeby utrzymać kogoś kto waży więcej niż ja (choć do lekkich nie należę). Stopy przesłały sygnał do głowy, że nadchodzący marsz to dobry pomysł i oddałam im kontrolę.
Oddalałam się od lądu wyczuwając za plecami jego zmniejszający się obraz. Nogi zdążyły już nawiązać znajomość z deskami pomostu – nawet mimo pośrednictwa podeszew dobrze się nawzajem porozumiały – natomiast włosy zaczęły rozmowę z wiatrem, który zaprosił je do tańca. Nie miałam zamiaru ich związywać, niech się wyszumią. W brzuchu obudziły się motyle dając znać, że wejście na tę drogę było zdecydowanie właściwą decyzją. Ktoś mądrzejszy ode mnie nazwałby pewnie to, co poczułam „zastrzykiem endorfin”. Mrowienie w okolicy łopatek informowało mnie ,ze skrzydła zbyt długo chowane chcą rozwinąć się i wyrwać na wolność. Dlaczego nie? Szłam już na tyle długo ,ze nikt z lądu nie mógłby mnie dostrzec i być zaszokowany, albo zacząć robić zdjęcia, które potem trafiłyby do różnych facebooków i podobnych miejsc. W zasadzie zawsze jest ryzyko ze ktoś nadpłynie od strony morza i zareaguje w nieprzewidywalny dla mnie sposób, ale poczułam się na tyle dobrze ze sobą, że uznałam iż naprawdę nie ma powodu tym się przejmować.
Tak więc pozwoliłam im wypłynąć i uformować się w kształt skrzydeł tego motyla, którego nazwy nigdy nie mogę zapamiętać.
Tak, tak jest zdecydowanie lepiej. Wreszcie jestem w pełni sobą, uwolniona. Zaczęłam bawić się myślą, o tym, żeby w ogóle przestać się ukrywać, zwijać skrzydełka i chować je przed światem. W końcu nikomu nie robię krzywdy będąc wyautowaną wróżką, a jeżeli ktoś ma z tym problem to sprawa tej osoby, nie moja. Może też– a to byłaby bardzo przyjemna perspektywa – na końcu drogi którą idę jest jakaś wyspa, na której bycie wróżką nikogo nie dziwi, nie szokuje i nie sprawia wszystkich tych kłopotów, które na co dzień pakowały mnie do szafy.
Tak jak przypuszczałam, mimo, że szłam już od dłuższego czasu nadal nie widziałam przed sobą końca mostu. Dookoła też niewiele się zmieniało – turkusowa powierzchnia morza stawała się tylko coraz ciemniejsza, przechodząc w błękit tak głęboki, że przypominał niskie dźwięki gitary basowej. Przede mną po niebie przelatywało coś, co wyglądało jak ławica latających ryb świecących jasną szarością na tle coraz bardziej fioletowego nieba.
Przyszła mi ochota zanucić coś. Zaimprowizowałam melodię która wydała mi się pasująca do tego miejsca i momentu. Po chwili przysięgłabym, że usłyszałam inną melodie brzmiącą jak odpowiedź - trudno było mi ocenić czy to odgłos żywej istoty czy instrumentu - a raczej większej ilości istot lub instrumentów. Ten dźwięk był na granicy percepcji, bardziej go czułam niż słyszałam. Pomyślałam o ostrożności jednak głosy nie wywoływały niepokoju. Mam zaufanie do mojego nosa, a ten nie wyczuł niebezpieczeństwa, zresztą potrafiłabym na nie zareagować, mam swoje metody, uwierzcie mi. Odkąd wiem, że potrafię się obronić pozwalam sobie na większe zaufanie do otoczenia…. przynajmniej czasami. Przyznam też, że więcej obaw wzbudzał we mnie świat, który pozostawiłam na brzegu niż to, co może mnie spotkać podczas tej podróży.
Głosy był coraz wyraźniejsze – ulatywały w powietrze jak smugi dymu spiralnie owijające się wokół siebie nawzajem. I były mi w jakiś sposób bliskie - źródło tego dźwięku należało do kogoś z mojej bajki, było zrozumiałe, jakby na podobnej płaszczyźnie istnienia do mojej.
Zaczęłam nucić coś, co mogłoby być odpowiedzią - w rodzaju: „hej hej, tu jestem, cześć, jak wam mija dzień”, a odpowiedź zabrzmiała jak coś w stylu: „zupełnie dobrze, ładna dziś pogoda ,w sam raz na długą podróż po pomoście”– a przynajmniej tak sobie to przetłumaczyłam.
W końcu przede mną po obu stronach mostu zobaczyłam sylwetki szybko i zwinnie nurkujące i wynurzające się. No tak, mogłam się domyślić – syreny, te podobno zwodnicze stworzenia, które swoim śpiewem sprowadzają podróżnych na manowce. Tyle tylko, że ja sama z siebie zdecydowałam się na te manowce wkroczyć. Szczerze mówiąc zazwyczaj na manowcach czułam się bardziej u siebie niż w tych innych obszarach, które podobno manowcami nie są.
W każdym razie nie czułam, żeby ze strony tych syren miało spotkać mnie coś niedobrego, mój niezawodny nos nie dawał mi takich sygnałów.
Były ładne,eleganckie. Wyskakiwały z wody jak delfiny w rozbryzgach piany, drobne sylwetki z podłużnymi, rybio -wężowymi ogonami.
Zatrzymałam się, usiadłam na deskach i pomachałam im dłonią. Jedna z nich zanurkowała i w chwilę potem jej głowa wynurzyła się z wody dość blisko mnie.
Wyobraźcie sobie twarz syreny – osobliwa mieszanka kota, foki i ludzkiego dziecka. Ogromne oczy prawie na pół twarzy z wielkimi źrenicami zajmującymi większą część tęczówek, do tego ciemnozielona skóra, a dookoła głowy rozsypane dreadlocki w kolorze atramentu. Przyglądała mi się z ciekawością poruszając małym guzikopodobnym nosem i marszcząc go jak niektóre psy. Ten nos był najbardziej rozbieganą częścią jej twarzy.
- Cześć– powiedziała – faaaaajne masz te skrzydła. Dlaczego nie latasz? Wiesz, jakbym ja takie miał to nie chodziłbym jak ty, bo po co, jeżeli mogę latać?
Coś w środku mnie - dokładnie w okolicy serca – otworzyło się i rozlało falą ciepła. ”Nareszcie - zaśpiewało serce- jestem w domu. W końcu ktoś, dla kogo moje skrzydła nie są dziwne, są zwyczajne i… fajne!”
A poza tym – właśnie, dlaczego, choć mam to coś na plecach od zawsze, nigdy nie pomyślałam o tym, że mogę latać ? W końcu po to są skrzydła…
Uświadomił mi to dopiero teraz ten…syren? tryton? Kolejne spostrzeżenie- dlaczego przyjęłam, że wszystkie syreny to one?
Tryton roześmiał się jak rozbawiony mały chłopiec- tak, to było dziecko, chłopiec, nie miałam wątpliwości - obrócił się na plecy, zanurkował i po chwili wynurzył się znowu.
- No, dlaczego chodzisz zamiast latać?
- Wiesz – nie wiedziałam, co odpowiedzieć – może jestem za gruba.
- Aha – mały kiwnął głową poważnie i zastanowił się chwilę – może i tak….
To chyba nie była z mojej strony mądra odpowiedź , a on jak widzę potraktował ją poważnie…
-Wiesz- powiedział pocieszająco - nie martw się. Zeppelin jest dużo grubszy niż ty, a lata i to jak wysoko. Myślę, ze doleciał nawet do księżyca, ale on niewiele mówi, więc się nie pochwalił. Bo tak w ogóle - dodał z miną znawcy – wieloryby dużo nie mówią. Ale i tak są fajne. Jak będę duży chcę zostać wielorybem takim wielkim jak Zeppelin.
Znów zaśmiał się i zanurkował,.
Cóż… jeżeli wieloryby potrafią latać to ja tym bardziej… Dlaczego mnie to nie zdziwiło, zapytałam siebie? Czy to mi się śni? We śnie zazwyczaj nie dziwią nas najbardziej nieprawdopodobne rzeczy….ale gdybym teraz śniła, nie miałabym takiej refleksji.
Park
Jest cicho.. mimo że słyszę szczekanie psów, głosy bawiących się dzieci ,szum samochodów, świerszcze ,jednak to wszystko dochodzi z oddali, jakby spoza szklanej kuli ,w której się znajduję. Podobnie jest ze światłem - wszystko widać jakby przez filtr stłumionego różu przechodzącego w szarawy błękit. To kolory nieba późnego popołudnia końca lata. Choć do zmierzchu jeszcze zostało trochę czasu kuliste latarnie już zaczęły swoją wieczorną aktywność – mleczna biel kloszy staje się żółta – początkowo ledwo dostrzegalnie jednak stopniowo płynnie zażółcaja się zarówno kule jak ich bezpośrednie otoczenie. Im ciemniejsze będzie stawać się niebo tym bardzie widoczne będzie żółte światło – jakby nad park wyskoczyła gromada księżyców w pełni. Hmmm…może stąd moje skojarzenie ze szklaną kulą, gdy szukałam porównania do tego, ,co mnie otacza, co w jakiś sposób izoluje i filtruje dźwięk i obraz dookoła mnie. Wiecie co? To dziwne, w sumie nie czuję się wyizolowana. Chłód wieczoru przepływa przez mnie, jestem częścią tego chłodu ,delikatny wiatr marszczy powietrze jakby było powierzchnia morza, i a ja podążam za nim jakbym też była falą. To jest o.k, to jest przyjemne, akceptuję to.
To miejsce i atmosfera nasuwa mi nieokreślone wspomnienie z dzieciństwa, jakiegoś podobnego wieczoru ,podobnego miejsca, bawiła się chyba wtedy na placu zabaw, może podobnym do tego który widzę. Na pewno nie było tam jednak takiej zewnętrznej siłowni jak ta obok mnie, wysypana piaskiem, nie mam też pewności czy ten piasek był tak niebieskawy w tym świetle jak dzisiaj.
Myślę ,ze byłam wtedy na wakacjach ,bo pamiętam klimat niezwykłości ,innego miejsca i czasu, przede mną było coś fajnego ,może po prostu ulubiona dobranocka w telewizji. Chyba wyobrażałam sobie, ze dorośli w taki wieczór ,gdy już dzieci położą się spać przeżywają jakieś ogromnie ciekawe przygody, coś porównywalnego z filmowymi historiami, coś o czym będąc dzieckiem nie mam jeszcze pojęcia ale w przyszłości sama się przekonam. Może stąd mam ten nastrój oczekiwania, choć wiem, że nic szczególnego już chyba się nie zdarzy. Po prostu za jakiś czas pójdę do domu, zwykły wieczór, jak co dzień.
Mija mnie biegająca para, rytm ich oddechu jest szybszy niż ten, który ja odczuwam dla tej chwili, ale na moment wchodzę w niego, pozwalam sobie myślą wybiec na chwilę razem z nimi , w końcu porzucam ich, oddalając się staja się coraz bardziej niebiescy na tle zieleni. W wolniejszym rytmie porusza się starsza pani na stepperze, szusuje lekko jakby unosząc się nad ziemią. W oddali ulica szumi jak morze, a ja wracam do mojego rytmu. Jestem sama dla siebie przypływem i odpływem, choć siedzę na ławce jestem w ruchu ,nurkuję w świetle i dźwiękach ,zanurzam się i wynurzam.
Gdybym miała opisać jak wyglądam….jestem kremowo żółto biała, prześwietlona, do pewnego stopnia przezroczysta, moje kontury są nieostre, zacierają się, moje mleczne zarysy na brzegach wtapiają się w zieleń za mną. Jestem puchata jak kot, spowolniona i - mówiąc po japońsku -czuję się trochę „kawai” .Aż miałabym ochotę siebie sama przytulić.
Gdybym była mniej świadoma swojego kokonu rozlałabym się jak fala płynnego światła i stała jednym z blaskiem latarni – mam ten sam kolor. Rozsypałabym się na miliony cząsteczek, zmieszała z fioletem i zgaszonym błękitem nieba, rozbieliła go a potem roziskrzyłabym się morzem świecących oczu, wreszcie skropliła jak deszcz lub łzy i osiadał na trawie jak rosa. Albo też odleciałabym w kosmos poza orbitę jak ławica mikroskopijnych komet, a gdy po podróży chciałabym wrócić do domu wpłynęłabym z powrotem do tego naczynia przypominającego wielką bańkę mydlaną które czeka na mnie na ławce aby z powrotem nadać mi formę. Ta bańka to mój wentyl bezpieczeństwa, kotwica, mój fantom który zostawiam na miejscu, na wszelki wypadek ,aby nie pozbawiać się możliwości powrotu.
Chciałabym takiej podróży….cóż, na dzisiejszy dzień jeszcze zbyt mocno jestem przywiązana do mojej formy, może wciąż zbyt lubię zasypiać we własnym łóżku, może poczucie obowiązku wobec rzeczywistości powoduje, że czasem muszę sobie przypomnieć, że nie jestem falą, kometą, iskrą ani refleksami światła.
Ktoś przechodzący obok zresztą nie widziałby mnie takiej jaką czuję, że jestem. Jeżeli ktoś w ogóle zwróciłby na mnie uwagę zobaczyłby siedzącego na ławce dobiegającego czterdziestki faceta w dżinsowej kurtce i z długimi włosami, które zaczynają już powoli siwieć. A ktoś, kto chce widzieć i potrafi się przedrzeć przez pozory może zobaczyłby niewidoczną na pierwszy rzut oka kobietę.
Following text is so far only in polish, but soon i hope to send English translation
Bez tytułu (No title )
Morze szumi w jednostajnym rytmie jak mantra albo kołysanka. Fale są jasnoniebieskie w lekko ”dżinsowym” chłodnym odcieniu błękitu… albo nie, niech to będzie morze południowe. Więc butelkowa zieleń? Może lepiej turkus? Tak, turkus – intensywny kolor, w którym można zatonąć. Kobieta unosi się na powierzchni leżąc na plecach , pozwala nieść się kojącemu rytmowi pływów. Pełen relaks, jej ciało traci materialność, włosy zanurzone w wodzie rozpływają się na wszystkie strony . Jej całe pole widzenia wypełnia ekran nieba – jednolity ciemnoniebieski bez chmur. Lecące ptaki? Dlaczego nie? Przełamią monotonię. Oczywiście będą przemieszczać się bez pośpiechu poruszając skrzydłami w łagodnym rytmie zsynchronizowanym z ruchem fal. I będą białe, jak mogłoby być inaczej. Harmonia. A gdyby tak zanurzyć się pod powierzchnię? W świat płynnej zieleni. Dźwięki oddalają się, tracą realność – jak radio słyszane z oddali. Obok kobiety przepływają ławice małych rybek w barwach…
- Biip! Biip! Biiiiip!
-Cholera.
To trzecie „bip” zawsze brzmi najbardziej inwazyjnie.
X. otworzyła niechętnie oczy, zarejestrowała szare światło świtu. Wysunęła rękę spod kołdry szukając komórki na stoliku przy łóżku.. Znalazła (pamiętała ,pierwszy przycisk z prawej włącza „drzemkę”). Nacisnęła, aparat zamilkł. Ulga. Oczywiście wieczorem w ramach planowanej walki z własna abnegacją postanowiła ustawić alarm na nieludzko wczesną porę. Szczytna idea, jednak w tym momencie w myśl starorzymskiej maksymy „widzę, pochwalam lecz wybieram gorsze” zdecydowanie wolała powrót do oceanu niż rozpoczęcie produktywnego dnia. Dla spokoju sumienia przesunęła czas budzenia o dziesięć minut tej nieszczęsnej „drzemki”. To w sumie nawet dużo.
Dobra, zamykamy oczy i wracamy do… a może nie ocean, może teraz lot nad wzgórzami.
……..Unosi się na fali powietrza ponad łagodnie pofałdowanym zalesionym krajobrazem. Rozproszone światło jak z obrazów mistrzów weneckiego renesansu.Późne letnie popołudnie. Im dalej w stronę horyzontu tym bardziej niebieskie staja się wzgórza -tak jak to zauważył Leonardo - podobno podczas wycieczki w góry. Nazwał ten efekt optyczny „sfumato” – przydymiony. Pomiędzy tymi właśnie „przydymionymi” pagórkami wiją się nitki strumyków. A kobieta płynie w powietrzu, sama jest powietrzem, nie ma masy, ciężaru….
- Bip! Bip! Biiip!
…..Tak szybko minęło dziesięć minut?!
Dobrze już dobrze, ,wstaję. Raz, dwa. i…
Na „trzy’ X usiadła na łóżku i zsunęła z siebie kołdrę. Pokój nadal wypełniony był szarością –taka ciemniejsza odmiana „Sfumato”. Jedyny punkt światła to mały ekran komórki podskakującej pod wpływem wibracji i piszczącej jak rozzłoszczone zwierzątko. X wyłączyła alarm. Przez moment walczyła z chęcią zanurzenia się z powrotem pod kołdrę i wyboru następnej scenerii podróży w wyobraźni. Nie, nic z tego, już się obudziła. Jako bezrobotna mogłaby spać do południa albo i dłużej ale nic konstruktywnego z tego nie wyniknie. Zapaliła stojącą na stoliku kulistą lampkę z żółtego papieru. Zawsze ją lubiła za ciepłe światło tworzące przytulną atmosferę.
Zeskoczyła z łóżka, wykonała kilka wymachów ramion –namiastka gimnastyki – wciągnęła t-shirt i męskie bokserki., związała włosy w luźny węzeł na karku i podeszła do wielkiego balkonowego okna zajmującego cała wysokość ściany. Na zewnątrz cicho padał śnieg prawie przesłaniając widok okolicznych bloków. Kładł się na kilku niewysokich jodłach i dużej wierzbie z opadającymi gałęziami nadając im wygląd nieprawdopodobnych ciastek pokrytych grubą warstwą białego lukru. Białego…właściwie niebieskawego, a gdzieniegdzie różowego.
Skrzywienie zawodowe -uśmiechnęła się X do siebie. Plastyk wie ,ze śnieg dla naszego wzroku nigdy nie jest tak naprawdę biały. To jeden z ulubionych sloganów akademickich wykładowców malarstwa. Jednak widok był przyjemny, nasuwał wspomnienia z dzieciństwa. W tamtych czasach chciałaby od razu wybiec z domu i lepić bałwana - a kiedy tego rodzaju śnieg rozczarowywał brakiem lepkości i kule rozłaziły się w rękach, to nic - można było wyciągnąć sanki.
Dorosła X na początek dnia wolała zaparzyć kawę – niezależnie od pory roku.
Ale kawa poczeka. Najpierw…”drzewo”.
Zawsze kiedy trenowała asany jogi lubiła wyobrażać sobie, że wyjaśnia nieistniejącemu rozmówcy - a jeszcze lepiej rozmówczyni – na czym to polega.
- Widzisz, żeby wejść w asanę czyli pozycję „drzewa” zaczynamy od pozycji „góry” – po indyjsku „Tadasana”. Stopami przywieramy do ziemi , prostujemy się na całą wysokość i gdy już jesteśmy pewni że utrzymamy równowagę unosimy jedną nogę. Zginamy ją w kolanie i powierzchnią stopy przywieramy do wewnętrznej strony uda drugiej nogi. Teraz łatwo się zachwiać prawda? Żeby tego uniknąć musimy patrzeć w jakiś punkt na wysokości wzroku – widzisz ,ja na przykład. wybrałam tę wysuniętą gałąź jodły za oknem– tę która przypomina mi nieco skrzydło ptaka. Zauważyłaś ,ze teraz już się nie chwiejesz? A kiedy już mamy mocne oparcie możemy złączyć dłonie nad głową. Czujesz jak to rozjaśnia umysł? Można tak wytrwać bardzo długo i aż żal czasem wychodzić z tej pozycji. Dlatego właśnie indyjscy jogini przybierali takie pozy podczas medytacji.”
Śnieg sypał powoli , miał swój trudny do nazwania senny rytm i dyskretną intensywność.
X wyszła z pozycji, powtórzyła ją unosząc drugą nogę. Po mniej więcej minucie zdecydowała się zakończyć. W kuchni wstawiła wodę na kawę. Aby dokończyć proces budzenia się długo myła w zimnej wodzie twarz nad umywalką, wyszorowała zęby i wskoczyła pod prysznic. Koniecznie gorący –za zimnym nie przepadała nawet w lecie.
Słoń ( The Elephant )
Jestem słoniem. Ciężar całej ziemii to ja. Zawieram w sobie całą przyrodę, biosferę i atmosferę, słońce w moim sercu, w płucach mgłę, chmury i deszcz.
Gdy stąpam moja stopa pokrywa obszar kilku kontynentów, gdy zatrzymuję się zapuszczam w głąb ziemii niematerialne korzenie -przewody, którymi elektryczne strumienie przepływaja z ziemii do mojego wnetrza i ze mnie do wnetrza ziemii. Bo ja jestem ziemią i ziemia jest mną . Jestem w kosmosie i kosmos jest w moim brzuchu - co wewnątrz to i na zewnatrz.
Moja skóra jest warstwą ozonu - materią i brakiem materii - chcąc poczuć jej fakturę natrafisz dłonią na przestrzenie między atomami. Uważaj na iskry elektryczne obijające sie o twoje palce. Kiedy idę jednym krokiem przemierzam dwa oceany a jednocześnie jestem cały czas w centrum. Moja stopa może wyżłobić ślad jak kilkukilometrowy szyb, a jednocześnie nie mam cieżaru. Spójrz na mnie - jestem mały i lekki, mógłbyś nakryć mnie opuszką małego palca. Zawieram w sobie morza i pustynie i jednocześnie przelatuję między kroplami na grzbietach fal, jestem ziarenkiem piasku. Znajdź mnie! Nie potrafisz? przecież jestem Tobą.
Szum ( The Sough )
Jestem szumem. Falą radiową przeskakującą między pokrętłami odbiornika. Zaden aparat mnie nie złapie choć - przyznam - przyciagają. Światełka zielone, czerwone, oczka migające w ciemną noc.
Odpowiadam na ich mruganie, przypływam i odpływam, cieszę się nimi a one mną. Jestem falą, mogłabym być strumieniem informacji ,ale nie chcę. Informacja to cięzar, kultura,będąc nią nie poruszałabym się tak swobodnie. A ja chcę płynąć między masami powietrza, mijajac je bezkolizyjnie, będąc materialna o tyle o ile materialne jest trzeszczenie radia samochodowego. Lubię te mrugające zielone kocie oczy , pozwalam im sie usidlić i schwytać, a gdy myslą, że mnie zatrzymały odlatuję…. Potem czasem tęsknię za ich światłem i ciepłem wśród nocy, ale nie trwa to długo. Tak naprawdę to ja jestem nimi, szumem , iskrą elektryczną wśród innych iskier, całym światem, jestem kołysanką, ciężarem i lekkoscią, pomrukiem spiącego kota, jestem… oddechem tych którzy nie potrafia lub nie chcą zasnąć.
Jestem szarościa horyzontu, ciemną plamą lasu, smugą światła semaforów widzianą z pędzącego pociagu przez podróżnych ,którzy chcą patrzeć… odbiciem lampy w szybie i kolejnym odbiciem odbicia. Jestem sekwencja świateł w oknach bloków, kodem sygnałowym ,jestem… życiem
Łza (The Tear )
Czasami myślę, ze
mogłabym być łzą…odpowiadałoby mi to. Mam wrażenie, ze wtedy
w jakiś sposób wydestylowałabym się do najsensowniejszej części
siebie. Tej najbardziej uczciwej i najbardziej w porządku ze mną i
resztą świata. Szczerze mówiąc mam poczucie, ze to co po mnie
pozostanie to mogą być moje łzy skroplone w atmosferze – w końcu
i tak składam się w większości z wody. Zauważyłam, że łza gdy
już pojawi się w moim oku jest chyba sygnałem tej podstawowej,
najprawdziwszej mnie schowanej głęboko pod warstwami wszystkiego
innego, całej konstrukcji obudowanej wokół i powstałej z powodów
czysto praktycznych, żeby sprawnie funkcjonować w tym, przyznajmy,
dość kanciastym świecie. Cała ta nadbudowa to po prostu coś w
rodzaju ubrania, czy zestawu narzędzi służących celom użytkowym
Nie mam na myśli tego ,ze w środku jestem smutna, zrozpaczona czy płaczliwa. Chodzi mi o te dobre łzy, płynące nie tylko w przypadku smutku czy żalu ale też innych silniejszych emocji ,tych naj naj najprawdziwszych – te łzy które dają poczucie uwolnienia, gdy czuje cała sobą, że w końcu coś autentycznego przebiło się przez całą tę małostkowa skorupę, w której pozamykałam się z powodów utylitarnych.
Jeżeli istnieje Bóg
lub Bogini, to bardzo prawdopodobne, ze jest właśnie łzą.
